O nas

Studio graficzne i drukarnia w jednym.

Projektujemy marki i drukujemy materiały, które z nich wynikają. Bez przerzucania odpowiedzialności między wykonawcami.

Większość kłopotów z materiałami firmowymi bierze się z jednego miejsca: ze styku między projektem a produkcją. Grafik oddaje plik, drukarnia go przyjmuje — i dopiero tam okazuje się, że czegoś brakuje. Nie ma spadów. Fonty nie są zamienione na krzywe. Kolor, który na ekranie był intensywny, po konwersji na farbę zrobił się brudny. Zaczyna się wymiana maili, w której każda ze stron ma rację i nikt nie ma sprawy.

Antaro powstało po to, żeby ten styk zniknął.

Dlaczego jeden wykonawca, a nie dwóch

Kiedy projekt i druk robią dwie różne firmy, klient zostaje pośrodku jako tłumacz między nimi. Musi przekazywać uwagi, których nie rozumie, i podejmować decyzje techniczne, o których nie ma obowiązku wiedzieć. A gdy coś wyjdzie nie tak, słyszy dwie wersje: że plik był zły albo że maszyna odbiła inaczej. Obie brzmią wiarygodnie i żadnej nie da się sprawdzić.

U nas projekt powstaje od razu z myślą o tym, na czym zostanie wydrukowany. To nie jest hasło — to konkretne decyzje podejmowane zanim zaczniemy rysować: jaki format, jaka oprawa, ile kolorów, czy będzie tłoczenie, czy znak ma działać na kraftowym papierze, czy tylko na białej kredzie. Projektant, który wie, że nakład idzie na papier bezpowłokowy, inaczej dobiera kolory. Ten, który tego nie wie, dowiaduje się o problemie od klienta, dwa tygodnie później.

Za efekt końcowy odpowiada jedna strona. To wszystko, co obiecujemy — i to jest więcej, niż się wydaje.

Czego nauczyła nas drukarnia

Praca przy produkcji zmienia sposób projektowania. Uczy trzech rzeczy, których nie widać na prezentacji:

  • Znak musi działać w najgorszych warunkach, nie w najlepszych. Logo ogląda się na dużym monitorze, a potem żyje jako awatar o boku 32 pikseli, pieczątka, grawer na długopisie i nadruk jednokolorowy na ciemnej torbie. Jeśli broni się dopiero w wersji pełnokolorowej na białym tle, to nie jest skończony projekt.
  • Materiał trafia do ludzkich rąk. Katalog krąży po biurach miesiącami, ulotka jedzie w kieszeni, teczka ląduje na stole konferencyjnym. Gramatura, uszlachetnienie i sposób oprawy decydują o wrażeniu bardziej niż układ strony — a to są decyzje podejmowane na etapie projektu, nie po nim.
  • Plik produkcyjny to też projekt. Przygotowalnia bywa traktowana jak czynność techniczna na końcu. W praktyce to ostatni moment, w którym da się uratować albo zepsuć wszystko, co powstało wcześniej.

Jak pracujemy

Nie mamy dwudziestostronicowych briefów ani etapu, na którym znikamy na trzy tygodnie i wracamy z gotowym rozwiązaniem. Proces jest krótki i przewidywalny, bo tego oczekują firmy, które mają własną robotę do wykonania.

Zaczynamy od problemu, nie od gustu

Pierwsze pytanie nie brzmi „jaki kolor pani lubi", tylko „gdzie to będzie widziane i co ma się wtedy stać". Ulotka, która ma przynieść telefony, wygląda inaczej niż ta, która ma budować rozpoznawalność. Katalog dla handlowca inaczej niż katalog na targi. Bez tej rozmowy projekt jest zgadywanką, a poprawki stają się negocjacją gustu.

Zakres i termin zapisujemy, zanim zaczniemy

W wycenie stoi, co dokładnie powstanie, ile jest rund poprawek i kiedy oddajemy pracę. Nie dlatego, że lubimy formalności — dlatego, że projekt bez zapisanego zakresu rozłazi się w nieskończoność, a potem ktoś czuje się oszukany. Zwykle obie strony.

Mówimy, kiedy coś nie ma sensu

Jeśli klient prosi o pełną identyfikację, a wystarczy mu porządny znak i wizytówka, powiemy to przed wystawieniem faktury. Krótkoterminowo to kosztuje. Długoterminowo jest jedyną wersją, po której ktoś wraca i poleca dalej.

Oddajemy wszystko

Po rozliczeniu przekazujemy komplet plików otwartych i produkcyjnych wraz z prawami do wykorzystania. Kolejny nakład możesz zamówić w dowolnej drukarni — także nie u nas. Trzymanie klienta na plikach źródłowych to model, który działa dokładnie do momentu, w którym klient się zorientuje.

Czego nie robimy

Równie ważne jak to, co potrafimy:

  • Nie sprzedajemy projektów z szablonu. Znak wybrany z listy gotowców wygląda jak znak wybrany z listy gotowców — i tak samo wygląda u trzech innych firm w tym samym mieście.
  • Nie obiecujemy pozycji w Google. Projektujemy strony tak, żeby nie przeszkadzały widoczności: sensowna struktura, szybkość, czytelne nagłówki. To nie to samo co pozycjonowanie i nie będziemy udawać, że jest.
  • Nie drukujemy plików, o których wiemy, że wyjdą źle. Jeśli materiał ma braki techniczne, odsyłamy uwagi przed drukiem. Wydrukowanie tysiąca sztuk z wadą i wystawienie faktury byłoby łatwiejsze, ale to nie jest ta sama praca.

Z czym najczęściej przychodzą klienci

Po kilku latach widać, że sytuacje się powtarzają. Niemal zawsze jest to jeden z pięciu przypadków:

  • „Mam logo, ale nie mam plików." Znak krąży po firmie jako JPG z wyciętym tłem, wysyłany mailem od pracownika do pracownika. Przy każdym druku ktoś go powiększa i wychodzi rozmyty. Rozwiązaniem nie jest nowe logo, tylko odtworzenie istniejącego w wektorach i uporządkowanie wersji.
  • „Wszystko wygląda inaczej." Wizytówki robił szwagier, ulotki agencja, stronę ktoś polecony. Każdy element z osobna jest w porządku, razem nie tworzą marki. Tu potrzebny jest system i zasady, nie kolejny ładny plik.
  • „Katalog jest za ciężki, żeby go wysłać." Klasyk: plik do druku waży osiemdziesiąt megabajtów, więc handlowiec i tak wysyła klientowi pojedyncze zdjęcia. Katalog przestaje istnieć dokładnie w momencie, w którym jest potrzebny.
  • „Zmienił się jeden produkt, a trzeba przerobić pół katalogu." Układ nie był pomyślany modułowo, więc aktualizacja kosztuje tyle, co nowy projekt. Efekt: nikt tego nie robi i materiał jest nieaktualny.
  • „Chcemy wejść na targi za sześć tygodni." Najbardziej wymagający wariant, bo terminy są sztywne. Tu liczy się nie kreatywność, tylko realistyczne planowanie produkcji wstecz od daty wydarzenia.

Żaden z tych problemów nie jest problemem estetycznym. Wszystkie są organizacyjne — i dlatego rozwiązuje się je przez rozmowę o tym, jak firma naprawdę używa swoich materiałów, a nie przez pokazanie trzech kolorystyk do wyboru.

Co konkretnie zostaje po naszej pracy

Na koniec projektu klient dostaje rzeczy, nie obietnice:

  • Pliki wektorowe i bitmapowe w formatach do druku i do sieci, z wariantami znaku na jasne i ciemne tło oraz w wersji jednokolorowej.
  • Zasady używania — od krótkiej karty stylu po pełną księgę znaku, zależnie od zakresu. To dokument, dzięki któremu kolejny wykonawca nie zacznie improwizować.
  • Pliki produkcyjne przygotowane pod konkretną technikę: właściwa przestrzeń barw, spady, znaczniki, fonty zamienione na krzywe.
  • Gotowy nakład, jeśli druk zamawiasz u nas — z dostawą pod wskazany adres.
  • Prawa do wykorzystania przenoszone z chwilą zapłaty pełnego wynagrodzenia, na polach eksploatacji wskazanych w umowie lub wycenie.

Dla kogo to jest

Najlepiej pracuje nam się z firmami, które mają konkretną rzecz do zrobienia i chcą ją zrobić raz, a porządnie: warsztat potrzebujący szyldu i wizytówek, producent z katalogiem na targi, gabinet otwierający drugi oddział, firma usługowa, której materiały przez lata robił kto popadnie i przestały do siebie pasować.

Gorzej, gdy ktoś szuka najtańszej oferty na rynku albo oczekuje, że projekt powstanie bez jednej rozmowy. Nie dlatego, że nie umiemy — dlatego, że bez wiedzy o firmie da się zrobić ładny plik, ale nie da się zrobić czegoś, co zadziała.

Gdzie nas znaleźć

Siedziba jest w Gdyni, przy ulicy Łużyckiej. Pracujemy z firmami z Trójmiasta, Pomorza i całej Polski — cały proces da się przeprowadzić zdalnie, od briefu po odbiór plików, a lokalizacja nie zmienia ani zakresu, ani ceny. Jeśli wolisz spotkanie, jesteśmy do dyspozycji na miejscu.

Antaro Aneta Tarnawska działa od 2019 roku. Nie mamy działu obsługi klienta — rozmawiasz bezpośrednio z osobą, która projektuje i odpowiada za efekt.


Jeśli czytasz to i myślisz o konkretnej rzeczy do zrobienia — napisz jednym zdaniem, co to jest albo co przestało działać. Odpowiadamy w jeden dzień roboczy: zakresem, terminem i ceną na piśmie.